Isermoor: Stara Jodła, Kamienica i tajemnica snu

Isermoor: Stara Jodła, Kamienica i tajemnica snu

Paweł Zatoński
Paweł Zatoński

Ten wpis przeczytasz w około 4 minuty

Fotograficzna opowieść o dzikich zakątkach Grzbietu Kamienickiego Gór Izerskich. Kolejna część układanki w ramach mojego artystycznego cyklu: Isermoor.

Pewnego grudniowego poranka przyśniła mi się historia, która kilka godzin później wydarzyła się naprawdę, w górach. Było to tym ciekawsze, że sen miał podłoże fotograficzne, związane z moim cyklem Isermoor. Cyklem zainspirowanym poniekąd twórczością Wojciecha Zawadzkiego, nestora Jeleniogórskiej Szkoły Fotografii, do której należę, a dokładniej jego projektami dotyczącymi Karkonoszy i jego hieroglifów.

15 grudnia, razem z niedawno poznanym (nomen omen) na mojej wystawie fotografii The Izerian West Grzegorzem ze Starych Żaren z Mlądza, wyruszyliśmy śladami izerskich miejsc niezaludnionych. Obaj od lat cenimy sobie górski spokój i szlaki niezbyt zmęczone obecnością tłumów turystów. Ruszyliśmy z Proszowej w górę, w stronę lasów Grzbietu Kamienickiego Gór Izerskich. Wstępny plan zakładał dotarcie do Starej Jodły, tzw. pogańskiej kaplicy, a następnie próbę dojścia do Kamienicy - królowej całego grzbietu. To był jeden z tych nielicznych wypadów izerskich, na których kto inny miał mnie wtajemniczyć w nieznane mi dotąd zakątki.

Poskręcane, otulone porostami gałązki dają świadectwo czystego powietrza

Grzegorz jest jednym z tych piechurów, których można by nazwać dzisiejszymi traperami. Przygotowany na najcięższe warunki, na dokładane kilometry nieznanych ścieżek. Gdy doszliśmy do źródła Wolfganga vel wolframowego, rozłożyliśmy na ławce pierwszy piknik. Mój kompan uścisnął rosnący nad źródłem świerk, oznajmiając, że może w tym tkwić niewidzialna nić czegoś metafizycznego. Nad głowami pojawiły się kruki, a na drodze coraz częściej widoczne były ślady szarych czworonożnych duchów lasu.

Lubię ich tropy. To znak, że góry mają w sobie jeszcze ułamek dzikości.

Grzesiek zaproponował, że skoro rzut beretem do Starej Jodły i ruin tego czegoś, nazywanego popularnie kaplicą, to poprowadzi mnie przez podmokły teren i pokaże oba miejsca. Najpierw jednak odbiłem nieco w bok, zaczarowany formami lodu.

Kilka metrów niżej zobaczyłem resztki leśnej potęgi starej jodły. Była jedną z największych w tej części Sudetów. Ostał się jedynie pień, który próchnieje od lat. Kilka metrów kwadratowych przypominających dawną izerską puszczę. Resztki drzewa leżą obok, przejechane i dobite przez leśny sprzęt. Komentarz do takiego traktowania pomników przyrody pozostawiam do Waszej oceny.

Jodła daje życie kolejnym istnieniom. Uderza różnica wielkości z drzewami w tle.

Poniżej jodły teren zaczął robić się podmokły - co z reguły widać dopiero, gdy już usłyszycie charakterystyczne chlupnięcie z udziałem Waszego buta. Przeskakując od drzewa do drzewa, po kilkunastu metrach dotarliśmy do tajemniczych ruin tzw. pogańskiej kaplicy...choć tak naprawdę nikt nie wie, co w tym miejscu stało. Kamienne fundamenty są jednak widoczne.

Obudowany kamieniami dół. Nikt nie wie, co tu tak naprawdę stało. I pewnie już się nie dowiemy.

Po chwili wróciliśmy do głównej drogi. Muszę przyznać, że bez przewodnictwa Grześka, sam szukałbym tego miejsca godzinami. Mijając kolejne wilcze odchody ruszyliśmy w górę stoku, ku szczytom. Niecałą godzinę później wspinaliśmy się na Kamienicę, przeskakując między transzejami harvesterów. Gdy doszliśmy na szczyt i odsapnęliśmy, Grzesiek wyjął czekoladę i porozmawialiśmy chwilę o fotografii, w tym o cyklu Isermoor. W tym momencie sen się dopełnił - wydarzył naprawdę. Opowiedziałem o nim towarzyszowi wędrówki. Ciarki przeszyły nas od stóp do głów. Szczyt Kamienicy zapraszał do uwieczniania głazowisk, mchów i starych kikutów drzew. Zostawiam Was z symbolicznym snem i kilkoma kadrami góry.